Rok ze mną - zima

Rok ze mną - zima


Pojawiła się nagle, jakby nie spodziewanie, choć już od jakiegoś czasu była przeze mnie wyczekiwana. Początkowo przesłała nam garstkę mrozu, byśmy przygotowali się na to co nadejdzie później. Z ekscytacją co poranek spoglądałam przez okno, za każdym prawie razem czując rozczarowanie. Robiło się coraz chłodniej, jesienne mokradła przymarzły, więc spacerowanie z psem nie było już tak nieprzyjemne. Zaczynałam czuć to przyjemne szczypanie w policzki, do domu wracałam lekko zaróżowiona, a rękawiczki towarzyszyły moim podróżom już coraz częściej. Gdy już na moment zapomniałam, dałam się ponieść obowiązkom i odpłynęłam w pracy nad grudniownikiem, nagle się pojawiła. Zobaczyłam ją dopiero o poranku, gdy już zdążyła się rozgościć, bardzo żałowałam, że nie dane mi było ujrzeć jak przechadza się powoli między blokami. Ale czemuż się dziwić, taka już jest, lekko spontaniczna i zdecydowanie tajemnicza.
Spogląda na nas stanowczo, wydaje się wręcz zamrożonym posągiem. Jej płonące serce można jednak ujrzeć w delikatnym uśmiechu, gdy spogląda na dzieci lepiące bałwana. Robi to rzadko, woli pozować.
Ubrana w piękną białą suknię, wykończoną srebrną nicią, a za nią podąża długi tren. Idzie dostojnie, rozważnie stawia każdy krok. Nie rozgląda się na boki, skupiając się na tym, by jej postawa wzbudzała respekt. Chce byśmy widzieli w niej srogość, chce pokazać nam swoją potęgę, a tylko nie liczni widzą piękno jakie ze sobą przynosi. Unosi ręce, uruchamiając wiatr. Śnieżynki wirują, kompletnie tracąc przy tym rozwagę.
Na głowę narzucony ma cieniuki kaptur, który jest częścią całej kreacji. Kryje pod nim włosy w kolorze zimnego blondu, zawsze upięte. Zasiada na tronie z lodu, by zawładnąć przyrodą, na te kilka miesięcy.
Wychodzę z psem na zewnątrz, ciekawa tego co na prawdę zastanę. Stawiam pierwszy krok i już wiem, że mamy Zimę, że przyszła do nas trochę wcześniej. Lila jest lekko zaskoczona, taki prawdziwi śnieg widziała jak była jeszcze bardzo mała. Nie przejmuje się chłodem ani tym, że nóżki jej zmarzną. Zaczyna biegać, skakać, spoglądając na mnie z ogromną radością w oczach. Chyba też polubiła zimę, równie mocno jak ja.

Najbardziej wyczekiwana pora roku, a twierdzę tak ponieważ bardzo często słyszę "Może będzie śnieg na święta". Tworzy klimat, którego nie da się podrobić światełkami i bobkami. Gdy z nieba spada puszysty śnieg, świat na moment zamiera, by móc choć przez moment spojrzeć na biały puch. Jedni przeklinają pod nosem, inni podskakują w miejscu, a jeszcze inni po prostu patrzą, każdy z nich jednak zatrzymuje się na jeden krótki moment. To czas, w którym doceniamy wygody, na co dzień spychane na dalszy plan. Nic tak zimą nie rozgrzewa, jak miska zupy. Nic tak nie relaksuje, jak gorący prysznic zimą. Nic tak nie raduje, jak długie zimowe wieczory w ciepłym domu, gdy za oknem temperatura jest o wiele za niska.

Zima to dla mnie bardzo wyjątkowy czas. W grudniu są święta Bożego Narodzenia, moje urodziny oraz kończy się stary rok i rozpoczyna nowy. Jest dla mnie klamrą, pewnego rodzaju podsumowaniem tego co było i rozpoczęciem nowego rozdziału. Równo roku temu właśnie w zimie wyprowadziłam się z domu i próbowałam zadomowić się w małej kawalerce. Nie za wiele pamiętam z tamtego czasu, właściwie tyle co nic. Grudzień kompletnie przeleciał mi przez palce, mimochodem. Dlatego w tym roku obiecałam celebrować każdy opad śniegu, każdy spacer i każde przemarznięcie!

Zima to przemoknięte skarpetki i pogrubiające kurtki. To gorące herbaty w ogromnych kubkach i kawy piernikowe z bitą śmietaną. To serialowe popołudnia i filmowe, długie wieczory. To zjeżdżanie na sankach, krzycząc i zaciskając oczy. To czerwone policzki, przeklinanie pod nosem i utrudniona komunikacja. To grube skarpety o każdej porze dnia. To suche usta i przyjaźń z wszelkimi kremami. To czas wzmożonej pielęgnacji, bo skóra tego wymaga. To chłodne noce i krótkie dnie. To zaduma i spotkania z przyjaciółmi.
Zima to pora roku, która wzbudza całą gamę emocji. Zachwyca obserwowana przez okno, irytuje przemrażając, raduje swoim przyjściem, ale i odejściem. Jedna, wielka, poplątana sprzeczność.



Siedziałam na małym, wytartym i przepełnionym historią rodziny, fotelu, który pamięta jeszcze czasy dzieciństwa mojej mamy. Kiedyś może był czerwony, ale po jakimś czasie przybrał nie bardzo lubiany przeze mnie odcień różu. Wygodny, choć po tylu latach służenia czuć deski wbijające się nieprzyjemnie w pośladki. Mieścił się on w rogu salonu, w mieszkaniu mojej babci. Wokół panował duży chaos, który ciężko opanować, ale mało kto się nim przejmował, bo im weselsza Wigilia, tym lepsza. Na środku pokoju stał wielki stół przykryty śnieżnobiałym obrusem, a na nim spoczywał skromny stroik, wykonany przez moją kuzynkę. Zrobiony z jasnozielonych i nieco już wysuszonych gałązek jodły, w towarzystwie niedużej czerwonej bańki i niewysokiej świeczki w tym samym kolorze.
Prócz mnie w pokoju dziennym siedział mój tata oraz dwóch dowcipkujących wujków i niezainteresowana ich rozmową ciocia. Dzieciaki biegały po domu, bawiąc się w chowanego. Nie zdawały sobie sprawy, że wprowadzają zamieszanie i denerwują przy tym zabieganą babcię i resztę kobiet, które śpieszą z przygotowaniami. Patrzyłam w okno i wyczekiwałam pierwszej gwiazdki. Chyba czekała aż w domu pojawią się wszyscy, by wtedy przybyć niczym ostatni gość.
W całym domu panował gwar, a w powietrzu tuż nad naszymi głowami unosiły się aromaty potraw. Kapusta, dobrze doprawiony barszcz czerwony i odgrzewana ryba. Odwróciłam głowę, by spojrzeć na domowników siedzących w salonie. Chyba ich przybyło. Wszyscy wdychali zapachy dochodzące z garnków kuchennych. Na twarzach wyrysowany był głód i zniecierpliwienie, bo jak mówi tradycja od śniadania nic nie jedli. Niby rozmawiali i się śmiali, ale tak naprawdę ukradkiem patrzyli na drzwi wyczekując reszty. Znikąd pojawiało się coraz więcej maluchów przyłączających się do zabawy i robiących jeszcze większy harmider. Zdenerwowana babcia prosząca wciąż, żeby się uspokoiły i zasiadły obok okna tak jak ja. Przemierzająca drogę z salonu do kuchni moja mama ciągle szepcząca „Nie zdążymy”.
Była jeszcze grupka starszych dzieciaków, które polowały na prezenty pod choinką. Ciekawość ich zżerała doszczętnie. Pokusa była na tyle duża, że nie poddawały się tak łatwo i ciągle próbowały, ale na ich nieszczęście drzewka, ozdobionego pięknymi różnokolorowymi bańkami, broni, jak co roku, „strażnik teksasu”. Tak nazywamy mojego wujka, który ciągle odgania zdyszane i zmęczone pociechy, rozbawiając przy tym wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu.
Znów odwróciłam głowę od nerwowej i zabieganej rodzin, i spoglądałam w ciemnoniebieskie, a wręcz czarne, zimowe niebo, szukając małej błyszczącej kropki, naszego wyznacznika, gościa honorowego. Spuściłam wzrok nieco niżej przyglądając się ludziom z boku naprzeciwko. Prawie w każdym z okien świeciło się światło, a w pomieszczeniach było widać równie zestresowanych domowników.

Poczułam, że ktoś siada mi na kolanach. Spoglądnęłam na przybysza i zobaczyłam uśmiechniętą, nieco kwadratową, buźkę mojej młodszej kuzynki. Razem lustrowałyśmy niebo, od czasu do czasu patrząc na poczynania rodziny. Salon powoli się zapełniał i robiło się coraz cieplej. Jedyne co wyczuwałam to zmieszane zapachy perfum w powietrzu. Nieprzyjemny, duszący wręcz i niecodzienny zapach, który powoduje niekontrolowane napady kaszlu. Szybkim i sprawnym ruchem otworzyłam okno i wdychałam lodowate, rześkie powietrze.
- Popatrz! Już jest! – wyszeptała moja mała kuzynka z promiennym uśmiechem na twarzy. Spojrzałam w okno. Na czarnym niebie pojawiła się mała błyszcząca gwiazdka, która rozświetliła całą ciemność na niebiosach. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Wstałam z fotela i podeszłam do rodziny.
- Pokazała się już pierwsza gwiazdka – oznajmiłyśmy równo. Wszyscy jak na znak wstali, a reszta zgromadziła się w salonie, powodując straszy tłok.
Staliśmy jedno koło drugiego, ściśnięci. W takim tłumie ciężko się oddycha, ale dawałam radę. Mój dziadek, czyli najstarszy członek rodziny i oczywiście pan domu, zaczął modlitwę. Dołączyliśmy do niego. W pomieszczeniu zrobiło się duszno, ale jak zawsze z opresji uratowała nas babcia i otworzyła okno , robiąc mały przeciąg. Matki młodszych dzieci automatycznie przeciągnęły je na drugą stronę pokoju, byle dalej od zimnego powietrza. Zaśmiałam się cicho pod nosem i cofnęłam się. Chciałam być jak najbliżej otworu okiennego. Ciągle ktoś chichotał, ale nie mówię tylko o dzieciach. U mnie w rodzinie rzadko kiedy ktoś zachowuje powagę. Maluchy za każdy nawet uśmiech są szturchane i upominane. Natomiast dorosłym uchodzi wszystko płazem. Babcia stająca w drzwiach ciągle odwraca się w stronę kuchni, jakby bała się, że jakaś podgrzewana potrawa zaraz wybuchnie i zakłóci spokój świąt. Nigdy nie zrozumiem jak można się tak martwić o jedzenie. To tylko symboliczna kolacja, w której niejedzenie jest najważniejsze. Liczy się to, że spotkała się cała rodzina, że są razem i świętują narodzenie Pana Jezusa.

Po skończonej modlitwie czas na dzielenie się opłatkiem i życzenia. Nie lubię tego. To dziwne uczucie. Podchodzimy do każdego, on mówi, ty słuchasz, odpowiadasz szybkie „Nawzajem” lub „Najlepszego”, odłamujecie sobie po kawałku trzymanego w ręku opłatka, po czym odchodzicie. Jeszcze te głupkowate teksty typu „Żebyś znalazła sobie chłopaka…” i „Obyś została lekarzem…”. Zawsze wtedy spuszczam wzrok i lekko się uśmiecham. Najgorsze jest to, ze nigdy nie wiem czego życzyć takiemu 35-letniemu wujkowi. Żebyś spełniał swoje marzenia? To raczej tekst dla dzieci. W tamtej chwili żyje nadzieją, że ten krępujący czas szybko minie. Podchodzę kolejno do pojedynczych członków mojej rodziny i wymuszam uśmiech. Rozglądam się, by sprawdzić czy nikogo nie ominęłam.
W końcu koniec! Siadam w fotelu przy oknie i obserwuje resztę rodziny. Nadal składają sobie życzenia. Młodsze dzieciaki siedzą w kącie i pochłaniają końcówki opłatków, rozmawiając o czymś, i ciągle spoglądając na prezenty. Nie ma się co martwić „strażnik Teksasu” zawsze na stanowisku. W pomieszczeniu jest bardzo głośno i każdy próbuje przekrzyczeć hałas. Donośny baryton mojego dziadka przebija się przez gwar. Czekałam aż wszyscy skończą i przystąpimy do wieczerzy.
Rodzina zasiadła do nakrytego stołu. Oczywiście nie zabrakło miejsca dla zbłąkanego wędrowca. Babcia i niektóre ciotki biegną do kuchni i zaczynają się tłuc garnkami, talerzami i szklankami. Pcha się ich tam co roku tyle, nie wiadomo po co. Dwie dałyby sobie spokojnie radę, a idzie ich tam cała zgraja po przepychać się trochę i denerwować resztę. Nagle wychodzą rzędem, jak żołnierze z różnymi talerzami wypełnionymi po brzegi jedzeniem. Wszystkie oczy się świecą, a uśmiechy z twarzy nie schodzą. Zabierają się za nakładanie i jedzenie. Zajadając aż im się uszy trzęsą. Dzieciaki dość zamaszyście wymachują widelcami, więc na śnieżnobiałym obrusie pojawiają się czerwone kropki.
Najciekawszą częścią tego wieczoru jest jedzenie pierogów. U nas w rodzinie zawsze do niektórych są wkładane monety dziesięciogroszowe i dwudziestogroszowe. Jak ktoś taką znajdzie będzie miał szczęście przez cały rok. Maluchy nakładają sobie po dziesięć sztuk i przekrawają energicznie na pół. Jak w środku nie ma pieniążka to odkładają na bok. Rzadko kiedyś któreś z nich je zje, zawsze tą robotę zostawiają swoim rodzicom. Dorośli również uczestniczą w wigilijnej rozrywce, z taką różnicą, że zjadają nałożone pierogi bez względu na to czy tam jest moneta, czy też nie. Obserwuje poczynania moich kuzynów. Jak już ktoś znajdzie pieniążka, ogłasza to całej rodzinie z entuzjazmem.
Przy stole panuje rodzinna i wesoła atmosfera. Pomimo bałaganu babcia się uśmiecha i przygląda swoim najmłodszym wnukom. Założę się, że co roku musi kupować nowy obrus.
- Prezenty! – krzyczy jeden z kuzynów, gdy wszyscy kończą jeść.
Tradycyjnie siadam przy choince i rozdaje małe, skromne pakunki. Nie zawsze są to jakieś poważne prezenty. Często robimy sobie żarty i kupujemy coś śmiesznego. Na przykład mój wujek dostał wielką piżamę pajacyka. Jest on dość wysoki i jak ją przymierzał, wyglądał przekomicznie. Wszyscy się śmiali i robili zdjęcia. Dzieciaki z iskierkami radości w oczach oglądają swoje podarunki i chwalą się reszcie. Całe grono jest zadowolone. Znamy się na tyle dobrze, że wiemy co kogo ucieszy.
Wieczór kończymy śpiewaniem kolęd. Kuzyn siada na środku na krześle z akordeonem i zaczyna wygrywać melodie różnych kolęd. Nie każdy w mojej rodzinie ma talent wokalny, ale nikt się tym nie przejmuje. Nasz donośny śpiew roznosi się po pomieszczeniu, odbijając się do ścian.

~*~
Korzystając z okazji chciałabym Wam wszystkim życzyć zdrowych, pogodnych i rodzinnych świąt! 
Nowe świąteczne tradycje

Nowe świąteczne tradycje

Tradycje świąteczne bywają różne. Myślę, że żaden dom nie obchodzi tego wyjątkowego święta w identyczny sposób. U jednych je się pierogi z makiem, u drugich motywem przewodnim jest jedzenie z jednego talerza, a jeszcze inni delektują się jedynie pierogami, siedząc w dresach przed telewizorem. Każdy spędza ten wyjątkowy czas tak jak lubi najbardziej albo tak jak dyktują rodzinne tradycje.
Do pewnego momentu swojego życia byłam przekonana, że wszyscy te święta obchodzą tak jak ja, ale nie dlatego, że te moje były idealne, ale dlatego, że byłam zbyt mała na szerszą perspektywę. Dopiero w gimnazjum wymienialiśmy się spostrzeżeniami, swoimi "dziwactwami świątecznymi". Rodziły się dyskusję, często kończące się głośnym śmiechem. Wtedy właśnie dostrzegłam, że każdy dom ma swoje nuty, według których gra świąteczną melodię. 

Choinka w moim domu rodzinnym była prawdziwym miszmaszem. Kolorowe światełka, każda bańka z innej parafii, do tego wąż z małych, srebrnych kulek i oczywiście łańcuchy! Pamiętam, że gdy kiedyś mama zarządziła, że drzewko ma być przystrojone w dwóch kolorach bardzo się oburzyłyśmy z siostrą. Przecież taka wymodelowana choinka, to nie choinka domowa, tylko jakaś wystawowa! Im więcej tym lepiej - taką wyznawałyśmy wówczas zasadę. Był też czas papierowych łańcuchów, które przygotowywałyśmy długimi wieczorami przed telewizorem i one również nigdy do niczego nie pasowały. 
Gdy byłyśmy dużo młodsze nie mogłyśmy się doczekać ubierania choinki, bo wiązało się to z ogromem różnych zabaw, które wymyślałyśmy na bieżąco, a po za tym przecież pięknie świeciła i nadawała niepowtarzalny klimat. Ubierając drzewko, ubierałyśmy ozdoby na siebie, robiąc z siebie gwiazdy pierwszej estrady. Do dziś, wspominając ten czas uśmiecham się pod nosem. Nie liczyło się to czy drzewko będzie duże, czy małe, czy będzie trzeba zamiatać codziennie igły... Malowałyśmy na nim ozdobami najpiękniejsze obrazy naszego beztroskiego dzieciństwa, nie zważając na to, czy dwie takie same bańki są koło siebie, czy może któraś gałązka jest pusta, a na innej jest zbyt wiele. To zielone, często sztuczne drzewko, było dla nas idealne. 
Siostro wiem, że to czytasz... Pamiętasz jak bawiłyśmy się w "Choinka spada"? Potrafiłyśmy tak całe wieczory i wcale się nam to nie nudziło, a teraz jakoś nie potrafię zrozumieć, co było takiego fajnego w tej dziwnej rozrywce. 
Dziś moja mała choineczka została ubrana już pierwszego wieczoru grudnia. Dlaczego tak szybko? A no dlatego, że święta spędzamy w domach rodzinnych, więc chcemy się nią nacieszyć najdłużej jak się da. Mamy dokładnie jakieś 23 dni, a uwierzcie mi, że w mojej głowie to tyle co nic! 
To moja pierwsza nowa tradycja, która narodziła się dopiero w tym roku. I o dziwo moja choinka jest dwukolorowa! Tak bardzo chciałam by wyglądała jak z żurnala, ale efekt końcowy chyba nie do końca mi odpowiada... Pewnie obwieszę ją jeszcze masą niepasujących do siebie drobnostek, jak za dawnych czasów. 

Pieczenie pierniczków. Ta tradycja w moim domu nie była tak popularna do momentu aż zapoznałam się z tradycjami w domu M. Gdy przyjechałam do niego po raz pierwszy przywitał mnie zapach świeżo pieczonych pierników, które następnie cierpliwie ozdabiała jego siostra z niewielką pomocą mamy. Wtedy zapragnęłam, by  i w moim domu narodził się taki zwyczaj! Wcześniej piekłyśmy tylko ciasteczka maślane, które wszyscy uwielbiali, a ja ich szczerze nienawidziłam. Wracając jednak... W kolejnych latach piekłam wraz z mamą i siostrą pierniczki w domu, po czym wieszałyśmy je na choince. 
W tamtym roku narodziło się coś zupełnie nowego... Poznałam dziewczyny, które zapragnęły upiec ze mną te świąteczne ciasteczka, więc bez zawahania się zgodziłam. Byłyśmy w tym jeszcze bardzo zagubione, ale już wiedziałam, że to będzie coś dobrego i będziemy to kontynuować. Nie myliłam się, bo i w tym roku mamy zaplanowany jeden wieczór na wypieki i ozdabianie. 

Grudniownik. Odkąd interesuje się scrapbookingiem przemierzyłam już takie miejsca internetu, o
których wcześniej nie miałam zielonego pojęcia. Wciąż uczę się nowych technik, wdrażam w życie nowe pomysły i próbuję nowe formy. Ponieważ nigdy nie robiłam jeszcze albumu pomyślałam, że to będzie idealny pomysł na święta! Wspomniałam o tym przy bliskiej mi osobie, a ona mocno zaangażowała się w to przedsięwzięcie i tak oto każda z nas tworzy swój grudniownik, czyli album na wspomnienia z grudnia! Chyba lepiej nie da się celebrować tego miesiąca niż uwiecznianie go na zdjęciach wśród świątecznych kartek i naklejek.

[Jeśli miałybyście ochotę zobaczyć jak mój grudniownik wygląda w środku to zapraszam na Facebooka, link poniżej, gdzie już jest film jak go pokazuje jego wnętrze] 

Kartki świąteczne, czyli moja nowa miłość. Nigdy ich nie robiłam, o wysyłaniu nie wspomnę. Raczej kupowałam coś wyjątkowego, by napisać kilka słów od siebie. Dopiero w tym roku tak bardzo doceniłam ten zwyczaj. Kilka zostawiłam sobie dla najbliższych mi osób, a resztę chciałam sprzedać. Gdy tylko wstawiłam zdjęcia na moją małą stronę na Facebooku i posypały się zamówienia od osób, które znam, ale nie rozmawiałam z nimi już od tak dawna, poczułam się taka szczęśliwa. Po części dlatego, że ktoś docenił moją ciężką pracę, ale też dlatego, że zrozumiałam, że jeszcze tak wiele ludzi wysyła i obdarowuje bliskich takimi rzeczami. To piękne, po prostu! Zachęcam was to tworzenia prezentów, bo one cieszą najbardziej :)



Książka o tematyce świątecznej. Mam nadzieję, że choć w tym roku uda mi się spełnić to postanowienie. Aż wstyd się przyznać, ale próbuje już drugi rok z kolei i mam nadzieję, że ostatni.


Christmas list, czyli lista rzeczy, które chcemy zrobić w czasie grudnia. Liczba mnoga wynika z tego, że te postanowienia nie są jedynie moje. Spisałyśmy wszystko to, co kojarzy nam się ze świętami i zamierzamy odhaczyć z niej absolutnie wszystko!

No i na koniec zostawiłam najlepsze, a mianowicie herbatę zimową i aromatycznego grzańca z czerwonego wina. Nigdy wcześniej nie pijałam tych napojów w takich ilościach na zimę. Teraz już do końca życia będą mi się kojarzyć ze świętami! 


Akceptacja receptą na szczęście

Akceptacja receptą na szczęście

Niegdyś myślałam, że kluczem do szczęścia jest pozytywne myślenie i wiara. Internet bombarduje nas pięknymi twarzami, które wciąż mówią entuzjastycznie i wychwalają życie pod niebiosa. I nawet choć wiemy, że te osoby również mają czasem zły dzień to próbujemy się tym zachłysnąć, przejąć, chcemy się tym zarazić. Pozytywnym myśleniem.
Chcemy pożyczyć choć na moment różowe okulary i spojrzeć w nich na nasze otoczenie, by nareszcie zmieniło barwy.
Chcemy cieszyć się z pogody za oknem niezależnie od tego jaka by nie była, bo przecież to pierwszy krok do sukcesu.
Chcemy połknąć pastylkę bezproblemowości, by zignorować to co złe, nieprzyjemne.
Ale czy takie okłamywanie samego siebie, że zawsze jest kolorowo, że życie jest usłane różami, jest dobrym rozwiązaniem?



Moją receptą na sukces jest akceptacja. Nie tylko nas samych, ale i otoczenia, ludzi, wydarzeń, problemów, pogody i świata. Nauczyłam się tego w tym roku i szczerze powiedziawszy uważam to w tym momencie za największą wartość.
Noszę w sobie ogromne pokłady stresu, który uaktywnia się nawet w tych najmniej oczekiwanych momentach. Wiele udało mi się wypracować od chociażby lat gimnazjum, ale mimo wszystko wciąż nie potrafię sobie radzić z wymaganiami świata. Szukam spokoju, który póki co omija mnie szerokim łukiem. Pamiętam sytuację, bardzo dawno temu, w której na myśl o tym, że miałabym się odezwać do pani w sklepie oblewały mnie zimne poty. Układałam sobie w głowie to co chce powiedzieć, w jakiej kolejności, żeby było spójnie i kulturalnie. Ostatecznie zazwyczaj się zająknęłam albo pani zadała pytanie, którego się nie spodziewałam, więc poziom stresu wzrastał. Czy byłam bardzo nieśmiała? Nie sądzę, po prostu za bardzo przejmuję się tym co pomyślą o mnie inni. Czas teraźniejszy w poprzednim zdaniu nie jest przypadkowy, bo ta obawa trzyma się mnie jak nieprzyjemny rzep. Jeszcze kilka lat temu szukałam, analizowałam swoje dotychczasowe życie i próbowałam wyhaczyć moment, w którym coś poszło nie tak. Tylko po co? Żeby mieć pewność, że to ktoś mnie zniszczył, żeby mieć na co zrzucić winę?
Sprawa nieco rozładowała się w technikum, gdy zostałam przewodniczącą i rzucono mnie na głębszą wodę, niż ta w której od zawsze czułam się komfortowo. Musiałam chodzić, rozmawiać, załatwiać i w ogóle mówić do osób dorosłych, czasem nawet nie mając chwili na przygotowanie sobie "przemowy". Stres był, ale tylko na początku, w którymś momencie do tego przywykłam i teraz moje życie zdaje się troszkę łatwiejsze. Właściwie nie czuje skrępowania nawet rozmawiając z panią z banku, która potrafi bombardować ogromną ilością niezrozumiałych pytań. Przestałam się przejmować tym, że czegoś nie wiem lub że czegoś nie rozumiem, bo mam do tego prawo. Nie muszę być alfa i omegą - banalne, a mimo wszystko kluczowe.
Stres w codzienności udało mi się zmniejszyć, ale nie wyeliminować. Czasem mam wrażenie, że nasilił się nieco teraz, gdy studiuje. Wymaga się ode mnie wiedzy, odwagi i rozbudowanych odpowiedzi. To nie jest nic zadziwiającego, ale mimo wszystko wciąż nie potrafię się w tym odnaleźć. Nie lubię mówić niepytana wprost, bo gdy ktoś zwróci się do mnie, zawsze odpowiem. Pytania w powietrze to pytania do nikogo, a ja nie chce być tym "nikim".
Pracuje nad sobą, szczególnie teraz, gdy czeka mnie przeprowadzenie lekcji w klasie siódmej na ocenę. Muszę zaprzyjaźnić, albo chociaż zakolegować się z odwagą.

Walka ze światem to jedna z wojen jakie toczę od wielu lat. Czy to kwestia mojego wewnętrznego buntu czy tego, że lubię się sprzeciwiać? Nie mam zielonego pojęcia, ale wiem jedno, wciąż walczyłam dla nikogo.
Jest wiele kwestii, których nie rozumiem, które mnie denerwują, bo widzę, że są nieludzkie, więc wyciągam rękawice i macham rękami na oślep walcząc z powietrzem. Czy komuś dzięki temu pomagam? Niekoniecznie. Czy sama się przy tym męczę? A i owszem. Więc gdzie sens?
Zrozumiałam coś, co jest absolutnie banalną sprawą. Nie walczy się z wiatrakami machając rękami na oślep, walka jest wtedy gdy robi się coś więcej. Dlatego postanowiłam zmienić świat, ale bez nerwów. Akceptuje moje otoczenie takie jakie jest, ale nie godzę się na pewne kwestię, co jest zupełnie normalne.
Chociażby szkoła. Wiele osób słysząc, że chce być nauczycielką, ale nie jestem pewna czy posłałabym swoje dzieci do normalnej szkoły, dziwi się. To, że chce być pracownikiem danej placówki wcale nie oznacza, że zgadzam się z wszystkimi zasadami, które ona dyktuje. Jeszcze przed wrześniem, bo właśnie wtedy rozpoczęłam krótkie praktyki, miałam szkole trochę więcej do zarzucenia, ale zaraz po nich nieco odpuściłam. Wciąż nie do końca jestem przekonana czy to co się tam dzieje jest dobre, ale wiem, że wiele działań, których nie rozumiemy (my ludzie postronni bądź byli uczniowie) jest potrzebnych. Przykład? Zawsze denerwowało mnie to, że z picia na lekcji robiono wielkie poruszenie. Przecież to jest absolutnie ludzka potrzeba, która szczególnie w upały musi być zaspokojona. Jednakże zauważyłam, że w klasach młodszych nie wolno pozwolić na położenie butelki wody na ławce i ciągłe popijanie kiedy się zechce. Łyk i do plecaka. Dlaczego? Bo oni nie do końca znają jeszcze umiar. Nie mówię, że wszyscy, ale są tacy, którzy będą pili z nudów i nie odkleją się od butelki ani na moment. Gdy da się im palec oni chcą całą rękę. I to jest okej, bo przecież to jeszcze dzieciaki, które muszą nauczyć się pewnych zachowań i manier, a szkoła jest od tego, by dać im chociaż podstawy. Dlatego tak wielu drobnostek w szkole się zakazuje lub się je  ogranicza.
Wracając jednak do meritum, chcąc innej szkoły idę do niej uczyć. Zrobię to po swojemu, by chociaż części uczniom pomóc i pokazać im, że nauka wcale nie musi być przykrym obowiązkiem.

Zaakceptowałam problemy, bo bez nich moja rzeczywistość byłaby tak odrealniona, że aż smutna. Wiem, że zawsze będą, wiem że czasem są potrzebne, wiem, że tak łatwo się ich nie pozbędę, więc nie wojuje, nie tracę energii na wymachiwanie mieczem, tylko od razu szukam rozwiązania. Jeśli je znajdę, super, jeśli nie, wiem, że prędzej czy później życie mi je podrzuci mimochodem.
Wielokrotnie załamywałam ręce, płakałam, pozwalałam sobie na takie marnowanie czasu na użalanie się nad sobą. Teraz ten czas staram się przeznaczyć na czyste działanie. Szukam drzwi, które pozwolą mi wyjść z danej trudności. Nie zawsze jest to sprawa prosta, czasem jestem na skraju wyczerpania i jedyne co mi pomaga do szlochanie, ale przynajmniej nie zachowuje się jak dawna beksa, którą byłam. Życie ma to do siebie, że wciąż podrzuca nam nowe problemy, zwiększając ich skale i moc.

Zaakceptowałam swoje wady i już nie tworzę sobie długich list rzeczy, których w sobie nie lubię, a staram się raczej doceniać te dobre cechy, które mnie ubarwiają.
Jest ich sporo, każdy z nas je w sobie nosi. Szkoda je kryć pod kolejnymi warstwami kompleksów i żółci, którą niegdyś, nawet w myślach, wylewamy na innych. Nawiązując do poprzedniego postu, może nigdy nie schudnę tak jakbym chciała, ale napędem jest dla mnie to, że robię cokolwiek w tym kierunku. Idę na długi spacer i już nie mam wyrzutów sumienia, że po powrocie posłodzę herbatę. Czy schudnę? Raczej nie, ale mój pogmatwany rozum widzi to po swojemu.
Zaakceptowałam swój wygląd, nie zaprzątając sobie głowy małymi kompleksami, które potrafią zniszczyć każdy dzień i każdą godzinę. Może jeszcze nie jestem z tym w pełni pogodzona, ale przynajmniej już tyle nie narzekam na swoje kształty. Są jakie są, dobrze je mieć.

Akceptacja jest moim kluczem do wszystkich drzwi. Sprawia, że nie zamęczam się rzeczami, na które przecież nie mam wpływu. Kiwam głową i przyjmuje wyzwanie, bo przecież życie ludzkie jest pasmem wyzwań, które stawiają przed nami ludzie, które stawiamy sobie sami, albo które zrzuca nam na głowę los. O porażkach się nie mówi, o przegranych się nie pamięta, liczy się nasze małe zwycięstwo, bo wtedy będziemy swoimi bohaterami!
Syndrom odchudzania, czyli jak się za to nie zabierać!

Syndrom odchudzania, czyli jak się za to nie zabierać!

Listopad wyjątkowo nas rozpieścił w tym roku. Co dzień rano, gdy wstaję to nie mogę uwierzyć, że świeci słońce, jest sucho i nie ma śladu po mgle, która wieczorem przysłoniła pół miasta, niczym peleryna tajemniczości. Nie było mnie tu przez moment, znikłam na krótką chwilę, ale wracam,
zwarta i gotowa do działania. Co robiłam jak mnie nie było? Cieszyłam się jesienią, ostatnimi ciepłymi promieniami słonecznymi, spacerowałam z psem, przesiadywałam z przyjaciółkami do południa przy kubku kawy, by wieczorem mógł magicznie zmienić się w kieliszek (albo pucharek) z winem. Oddałam się tym przyjemnością, przy okazji próbując się wdrożyć w ponowne spacery na uczelnie i przesiadywanie na zajęciach. W tym roku nikt nas nie rozpieszcza, bo sypnęli nam pokaźną liczbą godzin spędzonych w czterech ścianach. Tak więc przez ten prawie miesiąc byłam w tym samym miejscu ciałem, ale myślami oddalona. W dłoni trzymałam ładny kubek z automatową kawą, która do kawy nie jest podobna i rozmawiałam z ludźmi, którzy są mi najbliżsi.
W związku z tym zastojem, z powoli zbliżającymi się chłodnymi miesiącami mam dla was trochę uśmiechu w formię felietonu. Niektóre z Was może doskonale znają ten stan z autopsji, a inne z opowieści. Zapraszam was na odchudzanie w mojej wersji!


Najpierw tylko się zastanawiasz. Przyglądasz się uważniej swojemu odbiciu w lustrze i powoli dostrzegasz narastające tłuszczem fałdki, które masz od dawna, ale dopiero teraz zaczynają Ci przeszkadzać. Akceptacja i pewność siebie nagle pakują walizki i wyjeżdżają na nieplanowane wakacje, a wątpliwości wynajmują pokój jak najbliżej rozumu. Prawdziwy dramat zaczyna się gdy dostrzegasz, że ulubione dżinsy, w których kiedyś czułaś się tak jakbyś się w nich urodziła, nie leżą już tak fenomenalnie. Twoja ukochana koszula trochę za bardzo uwydatnia powiększające się z każdym dniem boczki, które Twoim zdaniem wylewają się wręcz z obciskających je spodni. Przerażona siadasz przed komputerem i szukasz w Internecie „złotych rad” i „diety cud”. Obiady mamy zalatują goryczą wyrzutów sumienia, więc zjadasz o połowę mniej niż zazwyczaj. Idąc ulicą i wcinając pyszną kanapkę z kurczakiem masz wrażenie, że słyszysz złośliwe myśli mijających Cię ludzi. „Taka gruba i jeszcze je!”; „Nie za dużo kalorii jak na takiego grubasa?!”. Zwykłe słowa stają się dla Ciebie obraźliwe.
            – Odsłoń! – krzyczy tata oglądając jakiś niesamowicie nudny mecz. Biegniesz przerażona do lustra i obracasz się po raz kolejny tego dnia lustrując swoje ciało.
            – Słoń? Nie wiedziałam, że tak ze mną źle – szepczesz do siebie łapiąc w dłoń jakąś naciągniętą i jedyną fałdkę.
            Wszystko Cię drażni. Zdjęcia modelek w Internecie, które są przerobione na wszystkie możliwe sposoby i choć o tym wiesz, czujesz się jak matka słonica w ciąży. Młodsza siostra, która tak naprawdę jest za młoda na cellulit czy tam jakieś rozstępy. Mama, która wciąż kupuje ciasteczka, by mieć co schrupać do kawy „No bo jakże to kawa bez ciastka! To jak kobieta bez fochów!”.  Nawet babcia, której wypieki nigdy Ci nie szkodziły, stała się babą jagą, który chce Cię utyć, by potem móc Cię zjeść.
            Jesteś przerażona i właśnie wtedy chcesz. To jest etap najdłuższy i wymaga najwięcej wysiłku. Pierwsze co robisz to biegniesz do sklepu sportowego. No, bo jakże to sport bez dobrego obuwia! Kupujesz buty, które są super i robią wszystko – tak zapewniał sprzedawca- za całe kieszonkowe. Później postanawiasz zainwestować w jakiś sprzęt do domu, bo jak wiadomo zima jest, więc nie będziesz biegała, co to, to nie. Wydajesz kolejne nie małe pieniądze na jakieś dziwne plastikowe i metalowe rzeczy, które nawet nie masz pojęcia do czego służą. Jesteś tak zdeterminowana, że w sklepie spożywczym przełykasz ślinę po czym przechodzisz z podniesioną głową koło regału ze słodyczami wmawiając sobie, że wcale ich tam nie ma. Na drogę powrotną zakupujesz zielone jabłko i omamiona motywacją oraz przeciążona reklamówkami wracasz do domu.
            Pierwsze kilka dni idzie Ci całkiem nieźle. W miarę ćwiczysz oraz nie jesz żadnych słodyczy. Ciastka, które jak co dzień spoczywają sobie na talerzyku w salonie kuszą każdego dnia, ale Ty dzielnie to znosisz. Warzywka  na parze, chude mięsko i odtłuszczony jogurt to Twoi przyjaciele. Z rana pyszna owsianka, która wygląda jak rozmokła bułka, polewasz ją musem truskawkowym i zaciskasz powieki pochłaniając małą miseczkę tego glutowatego świństwa bez smaku, udając przed wszystkimi, że nie jadłaś nigdy nic smaczniejszego. Zero tłuszczu i cukru, bo przecież gorzka herbata jest bardziej aromatyczna. Kawa z mlekiem sojowym, a do tego ciasteczka owsiane. Same pyszności.
            Najgorsze co może być to spotkanie z przyjaciółkami. Długowłose paple, które nie dość, że chude, zgrabne i powabne to jeszcze ładne. Oczywiście ploteczki bez ciasteczka i gorącej czekolady są niedopuszczalne. Siedzisz między nimi i wdychasz te zapachy wyklinając w głowie tą paskudną dietę. „Co tam dieta! Źle Ci było między pączkami, przesłodzoną kawą i kebabami?” – wciąż zadajesz sobie to pytanie. Masz ochotę wstać i iść sobie kupić ogromny kawał ciasta czekoladowego z bitą śmietaną, a do tego największy kubek czekolady jaki się da. Masz nawet kilka podejść, ale wyrzuty sumienia, które zamieszkały na miejscu wątpliwości, za każdym razem popychają Cię w stronę łazienki, by nie wyjść na niemądrą.
            Po dwóch godzinach spotkania byłaś w toalecie już cztery razy i masz ochotę podjąć się następnej próby. Wygrywasz tę walkę i wychodzisz ze spotkania zwycięsko.
Mija drugi tydzień i poranki są najgorszą porą dnia. Jesteś gotowa głodować byle by tylko nie musieć znów jeść tego świństwa. Popołudniu odbywasz swój kolejny trening. Na ekranie Ewa Chodakowska z tym swoim idealnym ciałem rozkazuje Ci jak marionetce, a Ty potulnie robisz wszystko co karze, bo wierzysz, że będziesz wyglądać tak jak ona. Masz ochotę zwalić się na ziemie i błagać wszystkie słodycze tego świata o wybaczenie. Nie robisz tego jednak i grzecznie dokańczasz trening.
            Mija tydzień trzeci. Wiesz, że minęło już dużo czasu. Wygrałaś niejedną walkę z pysznościami, a wizyty u babci są już nieco mniej bolesne. Treningi Ewy Chodakowskiej znasz na pamięć i wciąż na około sypiesz dobrymi radami wmawiając sobie i innym, że jesteś idealna, bo się odchudzasz. Tata już się z Ciebie nie nabija, bo widzi, że się nie poddałaś. Idealne ciało Twojej młodszej siostry już Cię nie dołuje. Czujesz jakbyś spaliła ponad trzydzieści kilo, więc z samiutkiego rana, oczywiście na czczo, postanawiasz stanąć na wadze, która w tej chwili staje się Twoją wyrocznią przepowiadającą Ci przyszłość. Zamykasz się w łazience i zrzucasz z siebie dosłownie wszystko tak, by nic czasem Ci nie ciążyło. Bierzesz głęboki wdech i stresujesz się tak mocno, jakbyś za chwile miała zdawać maturę ustną z polskiego. Robisz pierwszy krok, który jest najtrudniejszy. Drugi nie sprawia Ci tyle problemu, ale jest decydujący. Otwierasz oczy i spoglądasz w dół. Na małym szkiełku cyferki wciąż przeskakują, ale Ty już widzisz, że prawdopodobny wynik Ci nie odpowiada. Wtedy nagle świat się zatrzymuje wraz z liczbami. Koszmar. Nie schudłaś, wcale! Ani grama!
            Szybko podnosisz to małe diabelstwo, które rujnuje życie niejednej osobie i sprawdzasz czy wszystko z nim w porządku. Baterie są, nic się nie ułamało, nóżki też są na swoim miejscu, więc co?! To przecież nie możliwe, żebyś nie schudła!
Świat Ci się wali na głowę. Jesteś przerażona. Z otępieniem się ubierasz, wciąż się zastanawiając jak to jest możliwe.
            Przez cały dzień jesz jeszcze mniejsze porcje niż wcześniej, jeszcze nie przegrałaś, jeszcze możesz przecież walczyć. Ubierasz strój sportowy z mniejszym entuzjazmem niż zazwyczaj. Stajesz przed laptopem i włączasz doskonale Ci znany trening. „Nazywam się Ewa Chodakowska, jestem trenerem personalnym i chce Ci pomóc spełnić marzenia…”- słyszysz pierwsze słowa i czujesz narastającą w sobie złość.
            – Kłamca – szepczesz pod nosem i opadasz na fotel. Patrzysz jak Ewa motywuje Cię do działania i wylewa siódme poty, ale Ty sobie nic z tego nie robisz. Wcinasz wafelki śmietankowe, bo to Twoje ulubione i komentujesz każdy jej ruch – Dobrze Ewka! Dawaj! Jeszcze tylko pięć! – śmiejesz się pod nosem – I po co mi była ta dieta? Mogę być gruba – i tak właśnie kończy się Twoje odchudzanie, ale przynajmniej jesteś szczęśliwa i uśmiechnięta.
Mam 20 lat i prowadzę dom

Mam 20 lat i prowadzę dom

Nigdy nie analizowałam swojego wieku pod kątem tego co powinnam robić w tym czasie bądź jak powinnam się zachowywać. Czasem może byłam zbyt dziecinna albo zachowywałam się nazbyt dorośle jak na swój wiek, ale nigdy nie robiłam sobie o to wyrzutów. Mimo wszystko odkąd pamiętam chciałam wyprowadzić się z domu i prowadzić swój własny. Nieraz gdy moja mam mi coś narzucała to powtarzałam sobie w głowię, że gdy ja będę miała swoje mieszkanie to zrobię wszystko zupełnie inaczej. Czy tak się stało? Nie do końca.

Wszystko działo się zbyt szybko. Bardzo tego chciałam, ale gdy ten moment już nadszedł z początku kompletnie nie umiałam się odnaleźć w nowej roli. Całą sytuacje zaogniało to, że byliśmy wtedy za granicą i do sklepu mieliśmy spory kawałek drogi, więc musiałam myśleć z dużym wyprzedzeniem, czego nigdy nie nauczyła mnie moja mama. Biedronkę w domu rodzinnym mieliśmy wręcz za
blokiem, więc moi rodzice nigdy nie planowali posiłków ani nie robili zakupów na dłuższy okres czasu. Musiałam się więc nauczyć tego sama.
Po pierwsze planowanie posiłków. Wraz ze znajomymi, z którymi byliśmy wtedy za granicą, jeździliśmy na zakupy do miasta raz, góra dwa razy w tygodniu, więc musiały być bardzo przemyślane i dopięte na ostatni guzik. Siadałam i rozpisywałam obiady na kolejne siedem dni, a później na postawie tych jadłospisów kupowaliśmy potrzebne produkty. Dodam jeszcze, że umiałam gotować tylko kilka potraw, więc wszystkiego powoli musiałam się nauczyć. Pierwsze tygodnie i dni były dość niepewne, bo często zdarzało się, że nagle czegoś nam zabrakło, ale dzięki temu nauczyłam się racjonalnej oceny sytuacji. Nie polecałaby, też zakupów z dużym zapasem, bo myślę, że póki co szykowanie się do wojny jest zbędne.
Po powrocie do Polski, bo za granicami byliśmy zaledwie trzy miesiące w pracy sezonowej, każde z nas wróciło do swojego domu rodzinnego, czyli również do starych przyzwyczajeń. Musiało minąć dwa miesiące, żebyśmy ponownie zamieszkali razem w wynajętym mieszkaniu w Rzeszowie. No i tutaj sytuacja się powtórzyła, jakby mój mózg kompletnie się zresetował. Po pierwsze sklep mam pod blokiem, więc starałam się codziennie robić jakieś niewielkie zakupy na świeżo, co dość mocno uderzyło nas po portfelu. Nie robiłam też jadłospisu, co wiąże się z tym, że bardzo motałam się w kuchni i nie skupiałam się nad tym co jemy. Zazwyczaj były to proste i niezbyt zdrowe potrawy. Dopiero po ponad miesiącu mieszkania we dwoje powróciliśmy do starych przyzwyczajeń, czyli zakupów z lista raz w tygodniu i takk funkcjonujemy do dnia dzisiejszego. Nasz portfel jest nam za to wdzięczy, ja nie tracę czasu na codzienne zastanawianie się i na znienawidzone przeze mnie chodzenie po sklepach. Bardzo polecam tą metodę planowania posiłków, bo zajmuje to maksymalnie pół godziny każdego tygodnia, a po za tym w domu nie pada to doskonale znane pytanie "Co dziś na obiad".

Sprzątanie i dbanie o dom... Nie było mi to obce, bo wiadomo swój pokój raz w tygodniu sprzątałam zawsze, a po za tym dużo pomagałam mamie. Gdy byliśmy za granicą to oporządzaliśmy pokój i czasem lekko sprzątaliśmy kuchnie, bo zazwyczaj każdy sprzątał po sobie. Natomiast w momencie, gdy jedynymi bałaganiarzami jesteśmy my sami i tylko my możemy to sprzątnąć to pojawia się wyzwanie. Podział obowiązków to kluczowa kwestia w naszym domu. On odkurza i ściera kurze w całym domu, a na mojej głowie jest kuchnia, łazienka i mycie podłóg, które swoją drogą bardzo lubię. Początkowo ten podział wyglądał trochę inaczej, ale po kilku miesiącach prób doszliśmy do kompromisu. Każdy robi to co lubi albo to co nie jest dla niego nieprzyjemne, a mieszkanie lśni. Do tego dochodzi jeszcze codzienne zamiatanie białych włosów naszego psa, bo pod tym względem jest bezlitosna.

Wydatki i rachunki rozłączyły nie jedną parę, dlatego do tematu podeszliśmy bardzo delikatnie. Za granicą tworzyliśmy sobie tak zwany fundusz na zakupy, dawaliśmy do niego po równej sumie i to było coś wspólnego. Tutaj w Polsce było to trochę trudniejsze, bo nie umieliśmy oszacować ile mniej więcej ta kwota miałaby wynosić, więc ostatecznie nie kombinowaliśmy za bardzo i wybraliśmy łatwiejszą drogę. Nie rozliczamy się do ostatniego grosza, nie przeliczamy i się nie licytujemy. W jednym tygodniu za zakupy płacę ja, w następnym on. Może czasem jedna strona zapłaci trochę więcej, a druga trochę mniej, ale co z tego? W końcu jesteśmy związkiem, nierozerwalną, ekonomicznie również, jednostką.

Jeśli miałabym jeszcze dać komuś rady, krótkie aczkolwiek w jakimś stopniu cenne to myślę, że kilka by się takich znalazło.

Nie wszystko musi być na już.
W moim związku to ja jestem tą osobą, która częściej mówi "zaraz". M. zawsze chce mieć wszystko zrobione w tym momencie... On najwięcej energii ma rano, więc zawsze wstaje pierwszy, zawsze bierze się za porządki tuż po śniadaniu, a ja? Cóż rano bywam kompletnie nieprzytomna i rozleniwiona. Dopiero po pierwszej kawie albo chwilę po obiedzie mam w sobie na tyle siły, mocy i motywacji, żeby wziąć się za swoją część obowiązków. Początkowo bardzo się o to kłóciliśmy, bo on już od rana huczał, żebyśmy posprzątali i później mieli wolne, a ja byłam jeszcze taka niedzisiejsza, że tylko mnie takim popędzeniem denerwował. To nie jest nic złego "mieć trochę inne tryby". Ostatecznie doszliśmy do tego, że każdy sprząta wtedy kiedy ma siły i chęci, bo inaczej to tylko się irytujemy. W rezultacie on swoją część robi rano, a ja po południu.

Ścielenie łóżka jest okej, nawet siedemnastej.
Zawsze byłam wyznawcą zasady "Po co ścielić łóżko teraz, jak zaraz i tak pójdę spać", pewnie czytacie o tym nie pierwszy raz, bo to argument ludzi leniwych na całym świecie. Moment, w którym zamieszkałam w kawalerce, w której łóżko zawsze jest na widoku zupełnie zmienił moje spojrzenie. Teraz ścielę łóżko, by moje oko miało estetyczną przyjemność, a mózg w końcu zrozumiał, że już nie ma powrotu do ciepłej pościeli.

Sprawdzaj kosz na pranie nie tylko w momencie, gdy skończy ci się czysta bielizna.
Wstyd się przyznać, ale to również był mój niemały problem. Może nie było aż tak krytycznie jak napisałam powyżej, ale były momenty, w których okazywało się, że moja ulubiona koszulka wciąż czeka na oczyszczającą "kąpiel". Na całe szczęście nie mieszkam sama, więc często gęsto ten obowiązek spada na M.

Najlepszy poranek to ten, w którym nie wita cię sterta nieumytych naczyń...
... dlatego warto to uprzątnąć wieczorem. Wiem banał, ale czasem gdy zżera mnie leń, łóżko wręcz krzyczy, bym już do niego przyszła, a mój piesek kusząco zasypia na poduszce to tylko ta myśl zmusza mnie do tego bym złapała za gąbkę. Dzień zaczyna się dużo przyjemnej, a to chyba ważne, żeby rano uśmiechnąć się do słońca, nie?


Wieszanie ubrań dobrze, ma sens.
Nie mam żelazka, ale to dla mnie nie problem, bo pewnie nawet jakbym miała to wolałabym rano poszukać czegoś innego niż prasować specjalnie daną koszulkę. Zaoszczędzam czas dobrze rozwieszając pranie i to jest mój sposób na mniej pogniecione ubrania. Przede wszystkim strzepuję je trzy razy, porządnie, po czym wieszam do góry nogami i koniecznie przypinam spinaczami. Po wyschnięciu nie są takie sztywne, pogniecione czy może z nieestetycznymi wygnieceniami, spokojnie można je włożyć bez użycia żelazka.

W ogarnięciu życia domowego jak i tego uczelnianego bardzo pomaga mi oczywiście Bullet journal, co chyba nikogo tutaj nie dziwi. Zapisuję w nim absolutnie wszystko, a gdy kończy mi się miejsce na notatki, to mam takie dodatkowe listy TO DO, które zazwyczaj są mi najbardziej przydatne w czasie weekendu, kiedy mam trochę więcej obowiązków. Wszystko wypisuję, a jest to szczególnie przydatne przy listach zakupów. Zdarza się tak, że w czasie tygodnia zauważę, że coś się kończy i mówię sama do siebie, że trzeba to kupić i zapominam. Nauczyłam się już, że te małe karteczki są bardzo przydatne i potrafią zapełnić niejedną lukę w pamięci.

A wy prowadzicie same dom? Czy planujecie sprzątanie, dzielicie się obowiązkami ? Koniecznie napiszcie mi jak wygląda to u was! 

Pozdrawiam 

Rok ze mną - Jesień

Rok ze mną - Jesień

Przychodzi w pomarańczowej sukni do ziemi. Za nią ciągnie się niedługi tren, który delikatnie aczkolwiek stanowczo spycha liście na boki. Jesień idzie dumnie, ale spokojnym krokiem rozglądając się na boki. Nie jest tak lekkomyślna jak lato i tak radosna jak wiosna, po prostu stoicko mknie przez lasy usłane pomarańczowo-czerwono-brązowymi liśćmi. W powietrzu unosi się cisza, która relaksuje, ale i zmusza do refleksji. Nie jest ani wdechem, ani wydechem, jest tym momentem pomiędzy, gdy powietrze kumuluje się w płucach i czeka na ten wyjątkowy moment, w którym będzie mogło się ulotnić. Chwila się dłuży, ale wcale nie jest nieprzyjemna, wręcz przeciwnie. Oczekiwanie w zamyśleniu, to jest cała ona.
Na jej ramionach spoczywa cieniutka chusta, która chroni ją przed chłodem i wiatrem, który zerwał się nagle. Rozwiewa jej rozpuszczone, rude włosy, ale ona jedynie odgarnia pojedyncze pasma. Jej wyraz twarzy jest niejasny, nie maluje się na niej nic konkretnego. Oczy mimo wszystko są ciekawskie, łapią każdy moment i zapisują go skrupulatnie, by móc później na spokojnie go zanalizować. Nawet delikatny deszcz nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Spodziewała się go i w pełni akceptuje rzeczywistość, która ją otacza. Jest melancholiczką i nigdy się tego nie wstydzi. 
Jesień jest filozofem z tolerancją. 


Jesień to moje odbicie w lustrze, widzę ją bardzo wyraźnie pomimo tego, że nie jestem ruda ani nie noszę pomarańczowych ubrań. Jest obserwatorem i kronikarzem. Jest zrównoważona, ale i zaciekawiona. Dlatego tak dobrze się rozumiemy. Spacerujemy razem, równym krokiem, ale nie rozmawiamy zbyt wiele. Każda z nas rozgląda się na boki i próbuje rozgryźć świat. Otacza nas jedynie dźwięk szeleszczących liści. To pora roku, która otwiera moją duszę i pozwala, bym zaczynała budować fundamenty od nowa. Czasem to właśnie od jesieni zależy jaki będzie ten kolejny rok, dlatego to od niej zaczynam ten cykl na blogu. Nie wiem jak będzie w tym roku, ale mam nadzieję, że przyjdzie mi się nią cieszyć jak najdłużej. Wesołą nowiną jest to, że już nie będziemy spacerować same, bo od dziewięciu miesięcy towarzyszy mi mała biała kulka, którą już znacie. Cieszę się, że to właśnie ja będę mogła jej ukazać uroki jesieni. 

W tamtym roku we wrześniu byłam bardzo zagubiona. Dopiero wróciliśmy za granicy, właściwie miałam wrażenie, że startuje na nowo. Po pierwsze rozpoczynałam swoje wymarzone studia, na których miałam poznać nowe osoby. Po drugie ponownie musiałam się przyzwyczaić do mieszkania z rodzicami, a przy tym bardzo stresowałam się tym co mnie czeka w tym nowym roku akademickim. Taki też był mój cały rok. Bardzo zaniedbałam wiele spraw, ale przy tym odkryłam wiele swoich twarzy. Motałam się w dorosłości i stresowałam się absolutnie wszystkim. Wstydziłam się za siebie, ale i za moich bliskich. Podkulałam ogon zbyt często i nie pozwalałam sobie wstrzyknąć odpowiedniej dawki wiedzy. Zagubienie, to odpowiednie słowo. 



Jesień to herbata z pomarańczą i goździkami. To zawijaki cynamonowe, które nigdy mi się nie znudzą. To grubsza kurtka i cieńsze swetry. To botki, które w połączeniu z czarnymi spodniami wyszczuplają nogę. To spadające liście z drzew. To zamknięcie starych spraw i zrobienie sobie miejsca na nowości. To szal w kratę i czerwone paznokcie. To ciemne, matowe usta i kok na czubku głowy. To czytelnicze wieczory pod kocem. To grube, wełniane skarpety. To muzyka akustyczna. To czas refleksji i zamyślenia. To długie spacery i kawa chai latte. To deszczowe noce i ponure poranki. To porwiste wiatry i błoto. To radość z ciepłego mieszkania i tony przeczytanych książek. 
Jesień to mój czas, absolutnie i w pełni.

Książka na jesień: "November 9" Colleen Hoover
Playlista na jesień: Autumn Leaves (spotify)



Każdy dzień płynął jak woda w rzece, powoli i delikatnie poruszał swoimi falami, uderzającymi o stały ląd. Każde zatknięcie z ziemią zostawia rysę, małą nic nieznaczącą skazę, która rodzi wspomnienie.
Czułam spokój, który był we mnie. Chaos, który mnie otaczał nie wzbudzał we mnie uczuć. Pustka to jedyna emocja, jaka istniała w moim wnętrzu. Wołała o pomoc, ale nikt nie słyszał. Wszyscy byli zajęci czymś zupełnie innym, czymś mniej istotnym. Moim ciałem, a nie duszą.
Dano mi życie, by mi je zabrać. Brutalnie i bez skrępowania wyrwać mi je z drżących dłoni, które wciąż błagają. Czy czułam nienawiść? Czy wołałam o pomstę do nieba? Nie. Pogodziłam się z tym, co mnie czeka. Postanowiłam stawić temu czoło, by z każdym kolejnym dniem odznaczyć mały sukces. 

Wtedy pojawił się on. Uśmiechnięty, młody mężczyzna, który nie umiał kochać. Też umierał, ale wolniej. Wciąż była dla niego szansa. Sam powtarzał, że nie ma nic do stracenia, a jednak miał wiele. Okłamywał siebie i innych, bo tak mu było wygodniej.
Często przychodził. Mówił, opowiadał, czasem nawet żartował. Doskonale wiedział, co robić, żeby było lepiej. Bezinteresowność jego odwiedzin dawała mi siłę.
Lekarze z każdym kolejnym dniem stawali się mniejszymi wrogami.
Pielęgniarki wkłuwały igłę nieco mniej boleśnie.
Mama wspierała bardziej.
Kroplówka już nie uwierała.
A sala szpitalna nabrała kolorów.
To on. Zmienił wszystko, to czego nie umieli zmienić inni. Swoim poczuciem humoru, uśmiechem, spojrzeniem, zmienił mnie. Dał mi rąbek nadziei, która z każdym kolejnym dniem wzrastała. 

Gdy wszystko wydawało się lepsze, a przyszłość nie była już czarną plamą, zniknął. Na zawsze odszedł zostawiając w moim sercu zalążek nadziei. Zostawił też wiarę, że ziarenko urośnie i pozwoli mi na uśmiech. Ten wyczekiwany przez niego uśmiech, który przy nim pojawił się tylko raz. Bo to, że ciało się nie śmieje, nie znaczy, że dusza nie jest radosna. 

– Skarbie ty umierasz… – szepnęła zapłakana mama wpatrując się w moje przymknięte oczy. Powieki nie mając już siły na walkę błagały o opadnięcie.
– Nie mamo, ja wciąż walczę – odszepnęłam cicho czując jak moje mięśnie się rozluźniają, a dusza wyrywa się z rozpadającego się ciała. 
– Dlaczego dałaś jej nadzieję? – zapytał mnie siedząc obok na białej, puchowej chmurze. 
– Bo pewien ktoś powiedział, że ona zawsze przynosi coś dobrego – szepnęłam uśmiechając się
– Ciała nie mogłem uratować, ale ocaliłem chociaż duszę… – odrzekł patrząc w dal.
Ucieczka bywa wytchnieniem z krwi i kości

Ucieczka bywa wytchnieniem z krwi i kości


Mam dla was dzisiaj coś bardzo wyjątkowego, dla mnie bardzo osobistego, ale nie na tyle by kryć to w szufladach. Chyba już wyrosłam z zabaw w chowanego i właśnie dzisiaj, już we wtorek daruje wam kawałek mojego świata. Nie jest idealny, nie jest lustrzanym odbiciem, jest moją oazą, moim azylem. Uciekam tam, raz częściej, raz rzadziej, ale wracam ilekroć jest źle, ilekroć jest idealnie. Zapraszam was w ramy dziewiętnastego wieku, gdzie czas jest przypadkowy, a miasto nie istnieje. Zapraszam was w moje piśmiennicze tereny, do mojej kuli inspiracji, do kawałka duszy, którego chciałabym dawać tutaj więcej. Mam jedynie nadzieję, że choć na moment przywdziejecie niewygodną suknie i zasłonicie twarz wachlarzem zmieszane moimi wyznaniami miłosnymi. 

Wejdźcie proszę i poczujcie się jak w swoim świecie! 



 Przylądek nadziei, listopad 1855rok.
Kochana Olgo,

Właśnie spadł biały, puchaty śnieg. Do radosnych świąt Bożego Narodzenia jeszcze trochę czasu, a w mym sercu już płonie duch zielonego drzewka i śpiewanych kolęd. Jeszcze kilka dni temu spacerowałam między drzewami, niedaleko domu, tuż za skromnym młynem i zbierałam nieduże listki, by móc zatrzymać tą jesień, choć chwilę dłużej… Pochowałam je między kartkami moich ukochanym powieści…
Och kochana! Mój płaszczyk już nie grzeje mych ramion tak przyjemnie… Pantofelki już nie te… Wciąż jeszcze czekam na skórzane trzewiki. Czarne, wiązane na niedużym obcasiku… Marzenie. Wciąż się jeszcze szyją, a mi przyszło marznąć. Na całe szczęście spacery są przyjemniejsze, a powietrze pachnie mrozem. Cisza wtedy wydaje się odpowiedniejsza, jakby potrzebna, wymagana przez naturę.
Martha, moja pomocnica, również często ze mną spaceruje. Nie tyle z obowiązku, co z przyjemności. Właściwie dużo wtedy rozmawiamy, bo mamy na to spokojną chwilę. To wyjątkowa dla mnie osoba, być może dlatego, że spędzamy ze sobą całe dnie. Gdy budzę się o poranku to jej twarz jest pierwszą, która mnie wita i wieczorem żegna mnie jako ostatnia. Zna moje prawdziwe wymiary, przed założeniem gorsetu ukrywającego niedoskonałości. Jest dla mnie wytchnieniem i jednocześnie przekleństwem. Czasem noszę go z obowiązku, a czasem czuję się w nim piękna i delikatna, niczym rosa spoczywająca na liściach bądź na źdźble trawy.
Martha to poniekąd mój sekretnik… Tak wiele o mnie wie, tak wiele sekretów skrywa… Ufam jej bezgranicznie, z całego serca, ze szczerością daruje jej myśli, które nie zawsze są zgodne z zasadami.
Śnie ostatnio o mężczyźnie. Znam go. Często przechadza się uliczkami tuż pod moim oknem. Nie spogląda w górę, więc mogę na niego jedynie patrzeć i marzyć, że to właśnie do mnie przyszedł. Ma blond włosy, zaczesane na prawą stronę i jest dość postawny. Często nosi błękitną koszulę i szary frak, idealnie dopasowany. Musi być zamożny, bo inaczej nie mógł by sobie pozwolić na tak dobrze skrojony strój. Codziennie zmierza w kierunku pobliskiego banku, dlatego podejrzewam, że jest tam pracownikiem bądź kimś ważniejszym. Choć wtedy być może znałby go mój ojciec, który prowadzi niewielki sklep spożywczy, a moja matka mu pomaga, zresztą ja również staram się jak mogę. Ostatnio podsłuchałam, że zyski być może pozwolą im na kupno czegoś nowego. Być może to będą wypieki… Moja matka tak lubi piec…
Wracając jednak do tajemniczego mężczyzny… Tak bardzo chciałabym zobaczyć jego oczy, bo to w nich jest cała dusza, cała prawda o drugim człowieku. W moich snach często leżymy na kocyku, na małej, ale zielonej polanie pośrodku lasu. Jest tam pięknie, tak nieprawdopodobnie czarująco, że aż nierealnie – właśnie stąd co noc wiem, że to jedynie sen. Mam na sobie cieniutką, przewiewną, białą suknie, niepodobną do tych, które noszę na co dzień. Być może dlatego, że nikt nas nie widzi, bo gdybyśmy byli w mieście, wśród ludzi, którzy mnie znają, nigdy nie pozwoliłabym sobie na wyzywający strój. Leżę na jednym boku, a on zaraz za mną. Żadne z nas się nie odzywa, przemawiają przez nas gesty pełne czułości. Czuję jego usta na moim odsłoniętym nagim ramieniu. Zastawia na skórze pojedynczy pocałunek. Oboje wiemy, że na nic więcej nie możemy sobie pozwolić… Obracam się ze śmiech na ustach i wtedy widzę, widzę jego oczy. Są błękitne, jak ocean w pełnym słońcu. Idealnie pasują do jego karnacji… Tak je sobie wyobrażam, być może takie właśnie są….
Głośno się śmiejemy, choć damie tak nie przystoi, ale przy nim zapominam o całej etykiecie, o tym co wypada, a co nie. Pozwalam sobie na szczęście i swobodę…
A gdy się budzę widzę krzątającą się Marthe po mojej skromnej komnacie. W pokoju jest jeszcze szaro, bo z zasady wstaję dość wcześnie. Wraz z rodziną jemy razem śniadanie, bo tylko wtedy mamy czas, by pobyć ze sobą. Maja zawsze biega rozbawiona, ściskając w dłoni kawałek chleba. Jeszcze ma czas na kodeks dam, więc bawi się ile może. To moja młodsza siostra, kochany rozrabiaka…
Rodzice prawie zawsze rozmawiają o interesach, małych i dużych, a ja staram się wrócić do rzeczywistości  i pobyć z nimi również duchem, a nie jedynie ciałem.  Odkąd pojawił się ten mężczyzna ciężko mi się skupić. Po południu czytam, w lecie na ławeczce za kamienicą, a w zimie w saloniku, popijając świeżo zaparzoną herbatę. Bądź spędzam trochę czasu przy moim śnieżnobiałym sekretarzyku. Piszę listy lub piszę coś dla Guwernantki. Czasem daje mi pracę do zrobienia samodzielnie. Zdarza mi się też odpisywać na zaproszenia towarzyskie. Nie dostaje ich wiele z wiadomych przyczyn… Jestem zbyt młoda i jestem panną. Moi rodzice za to często wychodzą i wtedy moja mama zakłada tak pięknie suknie, uszyte specjalnie dla niej. Gdy ma dobry humor pozwala mi je przymierzyć i pomimo tego, że są za duże, czuję się w nich piękna.
Tak bardzo lubię pisać, bo tylko wtedy mogę uciec w nieznane wody, które tak bardzo mnie fascynują. Mogę wtedy być prawdziwa bez nadmiaru pudru na twarzy, bez idealnie ułożonych włosów i tego przeklętego gorsetu. Bo widzisz, gdy jestem sama życie we mnie zamiera, ale tylko na niedługą chwilę, bo przecież nic nie trwa wiecznie. W listach mogę marzyć na głos i na jawie. W życiu kobieta musi być niedostępna i skryta, nawet gdy marzy o danym mężczyźnie od zawsze. To on ma ją zdobyć i wierzyć, że rozkochuję ją w sobie, gdy tak naprawdę to ona swoją niewinnością czaruje go na wszystkie sposoby. Miłość jest taka skomplikowana i dla mnie zupełnie niejasna, nieznana. Nie wiem jak to jest być kochana, nie wiem co to namiętność, nie wiem czym jest szaleństwo…
Myślę, że pójdę jutro na spacer wzdłuż mojej ulicy z nadzieją, że go spotkam. Gdy tak się stanie spojrzę mu w oczy, wtedy on skłoni się i kulturalnie przywita, a ja postaram się zapamiętać każdy najmniejszy szczegół jego głosu, każdy wyraźny ton. Gdy zobaczę jego oczy, moje myśli się uspokoją. Być może zasnę wtedy z uśmiechem na ustach, tak słodko i zwyczajnie, jak kiedyś, zanim go zobaczyłam po raz pierwszy…


Całuję i Pozdrawiam, 
Izabela 
10 rzeczy, których o mnie nie wiecie

10 rzeczy, których o mnie nie wiecie

Zainspirowana postem u Joanny_Majj z bloga Oszczędnie.Modnie.Z klasą, postanowiłam stworzyć swoją listę rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie. Co prawda bloguję od niedawna, więc takich rzeczy jest wiele, dlatego tym bardziej cieszę się, że możemy się poznać bliżej. Po komentarzach widzę, że jest was coraz więcej, z czego niezmiernie się cieszę, dlatego pomyślałam, że to będzie dobry pomysł, żeby się przedstawić!



1. Piszę listy.
Już od bardzo dawna i namiętnie. Początkowo była to jedynie białą koperta i kartka w kratkę zapisana kolejnymi zwierzeniami, a dopiero od jakiegoś roku zaczęłam ozdabiać treść. Papeterię tworzę sama ręcznie, tak samo kopertę i zawsze wkładam w to całą siebie. Zazwyczaj się nie ograniczam, choć muszę się przyznać do tego, że lubię jak wszystko do siebie pasuje albo chociaż odpowiada porze roku, która panuje za oknem.
Pisuje też listy stylizowane na dziewiętnasty wiek. Zazwyczaj są fikcją, wykreowaną rzeczywistością, ale przyjemnie mi się je tworzy. Nie ograniczam się jedynie do treści, bo cała oprawa graficzna listu jest dostosowana do panujących wtedy czasów. Nie zawsze jest to zgodne historycznie, ale jakoś kompletnie się tym nie przejmujemy. Są to listy, w których odpływam!

2.Robię kartki okolicznościowe.
A przynajmniej staram się stworzyć coś wyjątkowego. Jest to jeszcze świeża sprawa, więc i samych kartek jest niewiele, ale bardzo chętnie obdarowuje nimi moich znajomych, przyjaciół jak i rodzinę. Zawsze to ciekawy dodatek do prezentu, a być może miła pamiątka. Może nie jest to jeszcze profesjonalne, może jeszcze trochę brakuje mi praktyki, ale dobrze się przy tym bawię i odprężam.



3. Oglądam za dużo seriali.
Myślę, że jest nas wiele, serialoholiczek, ale ja czasem pobijam wszelkie swoje rekordy. Potrafię być bezlitosna i pochłaniam kolejne sezony niczym tornado. Nie zważam na czas, po prostu daję się ponieść. Oczywiście nie jestem przy tym bierna, bo mam dużą podzielność uwagi. Oglądając serial piszę listy, tworzę nowe kartki albo przepisuje notatki na studia (co niestety często się zdarza).

4. Jestem absolutnym kawoszem.
Dzień bez kawy jest dla mnie dniem straconym. Odkąd posiadamy w domu ekspres nie wyobrażam sobie południa bądź popołudnia bez pysznej kawy i czegoś słodkiego (co niestety bywa zgubne). Czasem śmieję się, że gdyby nie kawa nie znalazłabym miłości mojego życia. Mój mężczyzna zawsze mi przy tym towarzyszy, już od czasów technikum. Jest to nasz mały rytuał, wręcz świętość.

5. Jestem grafikiem komputerowym
Ale jedynie na papierze. Ukończyłam technikum o tym kierunku i szło mi całkiem nieźle, ale nie widziałam się w tej roli w przyszłości. Pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że chce pracować wśród ludzi, że gwar i rozmowy mnie napędzają, a komputer rozleniwia. Mimo wszystko do dzisiaj korzystam z programów graficznych do użytku własnego, ale nie traktuję tego na poważnie. Dzięki tym "zdolnościom" czasem jest mi trochę łatwiej na studiach, bo mam duże obycie z komputerem i drukarką, a jak wszyscy studenci wiedzą jest to bardzo przydatna sprawa.



6. Kupuję dużo książek, które czekają na lepsze jutro. 
Żebyście mnie źle nie zrozumieli, ja je czytam, ale w swoim czasie. Nie mogłabym prowadzić bloga z recenzjami książek, bo zdarzają mi się momenty, gdzie nie czytam nic przez pół roku, więc ten blog leżałby odłogiem. Kocham wykreowaną rzeczywistość, ale nie przymuszam się do jej poznawania, pozwalam sobie na czyste chęci.
W przyszłości marzy mi się ogromna biblioteczka, która moim osobistym zdaniem jest najpiękniejszą dekoracją.

7. Mam fioła a punkcie organizacji czasu.
Odkąd pamiętam co roku w sierpniu kupowałam sobie nowy kalendarz z nadzieją, że tym razem uda mi się go prowadzić systematycznie. Udało mi się utrzymać formę do stycznia, bo zazwyczaj wtedy cały zapał gdzieś znikał, a ja zwyczajnie stawiałam na listy TO DO. W tym momencie prowadzę Bullet Journal, o którym już pisałam na blogu i jestem bardzo zadowolona. W tej formie najbardziej podoba mi się dowolność, bo jeśli w danym tygodniu nie mam zbyt wiele do zapisania (a tak często bywało na wakacjach) to zwyczajnie go nie rozrysowywałam. Nie  denerwowały mnie puste, niewypełnione kartki czy tabelki, bo najzwyczajniej w świecie ich nie było. Wszystko tworzę pod siebie dzięki czemu zawsze wiem kiedy mamy kolokwium, kiedy jest ewentualna poprawa, czy mam coś zrobić na za tydzień, ile mam nieobecności na danym przedmiocie, ile mam czasu na napisanie danej pracy. Prawie zawsze znam odpowiedź na zadane pytanie i tak, uważam że to zaleta.

8. Mam w sobie coś z perfekcjonistki. 
Moje notatki muszą być czytelne, ale i wizualnie ładne, dlatego też często zdarza mi się przepisywać dany wykład, bo wiem, że kiedyś będę musiała się z tych kartek uczyć. Może dla wielu byłaby to strata czasu, ale nic mnie tak nie cieszy jak porządne notatki, na które miło się patrzy!
Zresztą w wielu kwestiach musi być idealnie. Chociażby moje listy zawsze są dopięte na ostatni guzik, bo nie wyobrażam sobie wysłać komuś pomiętej kartki czy koperty, na której według mnie coś nie pasuje. Czasem ta cecha bardzo mnie męczy, a czasem po prostu ją ignoruje, albo wręcz akceptuje.

9. Kompletnie nie umiem rysować, dlatego sprawę zawsze ratują naklejki a Aliexpress. 
Tutaj chciałam przemycić dwa fakty. Wariuje na punkcie niskich cen na chińskich stronach, dlatego mój listonosz niedługo zacznie mi mówić cześć, a Chińczyki postawią mi pomnik ze złota. Czasem mam wrażenie, że wydaje na tej nieszczęsnej stronie krocie, a miejsca w szafce brak, ale wtedy znajduje na YouTube dziewczyny, które kupują więcej ilościowo i jakościowo.
A co do rysowania to moim szczytem jest narysowanie prostego wianka z kilkoma listkami. Zawsze gdy na niego spoglądam to pękam z dumy!

10. Od prawie trzech lat jestem w stałym związku. 
Na koniec zostawiłam prawdziwą, soczystą wisienkę. O psie już pisałam, ale o miłości nie do końca. Mieszkamy razem w Rzeszowie, na studenckim osiedlu, na ósmym piętrze w małym mieszkanku i jesteśmy kompletnie inni, a mimo wszystko tacy sami. On pracuje, interesuje się lotnictwem i kompletnie nie pojmuje poezji, a ja studiuje polonistykę i czasem zanurzam się w opowiadaniach filozoficznych albo rozwodzę się nad jakimś porównaniem. On nie rozumie czasem tego co do niego mówię, ale słucha cierpliwie, a ja rzadko kiedy rozróżniam niektóre pojęcia, ale staram się kodować jak najwięcej i kiwać głową.

A czy wy macie choć jedną taką rzecz, o której nie wiedzą wasi czytelnicy, albo o której rzadko wspominacie? 

Pozdrawiam was cieplutko w te coraz chłodniejsze dni! 

Moje wybory - Filologia Polska

Moje wybory - Filologia Polska

Decyzja padła nagle, choć była dobrze przemyślana. Początkowo chciałam zostać grafikiem, bo podobało mi się wyobrażanie mojej osoby w ołówkowej spódnicy z dobrym zarobkiem, jednakże życie miało nieco inny plan. Kiedyś o tym myślałam, analizowałam w głowie i bardzo teoretyzowałam, ale szybciutko zniechęcili mnie ludzie mi najbliżsi, dlatego raz dwa wymazałam ten pomysł z tablicy i brnęłam dalej w wyobrażenie o niesamowitych pieniądzach, bo tylko ta myśl odwodziła mnie od przeznaczenia. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie to jaka jestem naprawdę, co mi gra w duszy i co sprawia, że jestem szczęśliwa. Uwierzcie bądź nie, ale zdecydowanie nie jest to najnowszy mercedes, najlepszy telefon czy ogromny dom z basenem, którego nie jestem w stanie sama posprzątać. Szczęście dają mi ludzie i poczucie, że jestem potrzebna. Odkąd pamiętam chciałam być kimś, chciałam zmieniać świat i postrzeganie. Mój pierwszy plan to było zostanie piosenkarką, ale nie wyszło, dlatego postanowiłam zostać nauczycielką i jestem już na tyle dorosła, że mówię to na głos, z dumą i pełną odpowiedzialnością.

Pracując za granicą na wakacjach, sezonowo, tylko się utwierdziłam w tym, że to nie dla mnie, że jestem typem mózgowca, który musi mieć cel. Zrozumiałam, że studia to jedyna dobra droga, bo na jej końcu będzie moje szczęście. Pamiętam jak dziś, jak wszyscy wyśmiewali się, gdy tylko mówiłam o kierunku studiów, jak drwili i rzucali głupie żarty, które krążą w internecie od lat. Wtedy właśnie zaczęłam się wstydzić swoich wyborów. Ba! Nawet przeszło mi przez myśl, by zostać i dalej pracować na magazynie, bo lepszy zarobek. Dzięki Bogu mam przy sobie osoby, które mnie od tego odwiodły i kazały wręcz ukończyć, albo chociaż spróbować to co zaczęłam. W tym momencie, z tego miejsca chciałabym im bardzo podziękować, bo dzięki nim zaczęłam najlepszy okres w swoim życiu.



Studia można przeżyć po swojemu i w dobrym towarzystwie.
Znam wszystkie plotki, ploteczki i stereotypy, ale od samego początku wiedziałam, że ja takim studentem nie będę. Po pierwsze nie przepadam za dużymi ilościami alkoholu, głośne imprezy odpadają, a kluby jak dla mnie są wylęgarnią przypadkowego seksu (oczywiście nie zawsze, wszędzie i nie wszyscy). Dlatego znalazłam sobie towarzystwo, które nie imprezuje zbyt wiele, ale z drugiej strony trochę wyciąga mnie z mojej strefy komfortu, za co jestem im niezwykle wdzięczna. Dzięki nim mogę przeżywać studenckie życie w każdym aspekcie, ale tak jak mi pasuje i nie skacząc w przepaść, tracąc osobowość. To jest mój pierwszy plus studiowania, świetne koleżanki i prawdziwe przyjaźnie.

Nauka dla siebie, nie dla innych.
W końcu i na reszcie uczę się tego co mnie interesuje i w takim stopniu jaki mnie zadowoli. Na studiach nie ma czegoś takiego jak kujoństwo i same piątki, przynajmniej w moim mniemaniu. Bo tutaj trzy jest osiągnięciem, z przedmiotu bardzo trudnego, ale i z tego, który interesuje nas nieco mniej. Nikt nie kręci nosem, nie poniża, nie rzuca tekstów w stylu "stać cię na więcej", bo wszyscy zdają sobie sprawę, że specjalistyczna nauka to nie przelewki. Jeśli jakiś przedmiot jest dla mnie czymś nieciekawym to uczę się tylko tyle, żeby zdać, jeśli jednak coś mnie interesuje to rozgryzam temat na małe kawałki, przewalam kolejne tomy ksiąg i dostaję piątkę, a taka piątka to czysta satysfakcja.

Studia nie są dla każdego. 
I to sprawa święta, co jednak nie znaczy, że nie warto próbować.
Jeśli żaden kierunek nie wzbudza w Tobie zainteresowania to poczekaj.
Jeśli nie jesteś pewien to poczekaj.
Jeśli jednak nie lubisz się uczyć to sobie odpuść.
Bo nikt nie podaje niczego na tacy. W większości przypadków na wykładach przekazuje się niewielki procent potrzebnej wiedzy. Trzeba się przyjaźnić z bibliotekarką i przemierzać odmęty internetu, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia, czytać przypisy, wstępy do książek i artykuły naukowe.
No i najważniejsze, trzeba być zawziętusem z pasją w sercu, bo inaczej mimo wielkich chęci po prostu myśl o poddaniu jest przyjemniejsza i bardziej kusząca.


A na koniec tego chaotycznego wpisu, któremu może trochę brakuje merytoryki i porządku, kilka stereotypów albo komentarzy, które usłyszałam przez ubiegły rok. 

"Idę na filologię, bo lubię czytać"
Słyszałam ten tekst milion razy, ale kompletnie go nie rozumiem, bo przecież czytać można wszędzie i za darmo, nie trzeba mieć do tego wykształcenia wyższego. Po za tym można przeczytać milion książek i wiedzieć wszystko, ale nie umieć tego przekazać, a można przeczytać tylko jedną i oczarować absolutnie wszystkich. Udowodnił to nie jeden maturzysta.

"Na filologię polską można iść i przejść niezauważonym nie robiąc nic"
Gorszej bzdury nie słyszałam! Ja nawet jestem skora powiedzieć, że na filologi robi się dużo za dużo! Sesją, sesją, ale trzeba się do niej porządnie przygotować. Cała bajka zaczyna się od spojrzenia w sylabus i załamania rąk, a dopiero później jest płacz, zgrzytanie zębami i wycieczki do biblioteki. Masa streszczeń, masa opracowań i interpretacji no i same dzieła, które nie zawsze są odpowiedzią na jakiekolwiek pytanie. Chociażby gdy zdawałam oświecenie, dostałam 150 pytań i większość z nich wyglądała tak: Omów zagadnienie na podstawie powieści lub wątku, lub twórczości danego autora. No i tu zaczynają się wysokie schody, przez które trzeba przebrnąć czytając dużo więcej i przerzucając kolejne strony w odmętach internetu.

"Bycie nauczycielem to niewdzięczny zawód z niskimi zarobkami"
Otóż nie do końca... Niewdzięczna może być praca w kamieniołomie, choć i  to nie do końca. Możliwość nauczania, nie jedynie suchej wiedzy, ale i spojrzenia na wiele spraw jest ogromnym darem. Możliwość kształtowania młodego pokolenia, tworzenia nowych ścieżek i zachęcania oraz dodawania otuchy, jest misją. Jeśli mogę zmienić świat, jeśli mogę wpłynąć na to jak będzie wyglądała przyszłość, nawet w najmniejszym stopniu, chce tego. Jeżeli mam zmienić tysiąc osób, albo tylko jedną, zrobię to. Po za tym dzieci potrafią dostarczyć zmartwień i zgryzoty, ale i radości, bo przecież jedynie one jeszcze nie są skażone problemami.
Jeśli zaś chodzi o zarobki, to faktycznie nie są najwyższe, ale wystarczy spojrzeć na to z innej strony. Etat większości to 40 godzin tygodniowo, nauczyciel ma ich jedynie 18, a cała reszta, czyli praca w domu zajmie mu maksymalnie 10, więc chyba nie jest to całkiem przegrana sprawa.

"Nauka w szkole? Każdy znawca jest w stanie to zrobić"
I tak i nie. Są ludzie, którzy mają ogromną wiedzę, chłoną ją jak gąbka, ale nie potrafią jej przekazać. Oni wiedzą i już, a inni są głupi skoro tego nie rozumieją. Trzeba tak mówić, żeby wszyscy zrozumieli, trzeba być cierpliwym, wymagającym, ale i ludzkim po prostu. Na nauczycielstwo nie ma żadnej metody, nauki, zasady czy reguły, to trzeba czuć. Mądry może być każdy, naukowcem może być każdy, ale bycie nauczycielem to zespół cech, które albo się posiada, albo trzeba je wypracować, ale w żadnym przypadku nie da się ich "wyuczyć" z książek.

A czy wy studiujecie? Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Chętnie poczytam o tym w komentarzach! 

Pozdrawiam Was cieplutko! 
Kiedyś trzepak, dzisiaj Facebook.

Kiedyś trzepak, dzisiaj Facebook.

Pamiętam, że jak byłam mała to wstawałam jak najwcześniej, by jak najszybciej zjeść śniadanie i wybiec na dwór. Ubranie nie miało dla mnie większego znaczenia. Byle by wygodnie i byleby schludnie. Ubierałam spodenki, które kompletnie nie pasowały do koszulki, ale kto by się tym przejmował mając 10 lat? Zbiegałam po schodach, zaraz po tym jak usłyszałam krzyki z pod klatki. Czekali już na mnie, a zegar wskazywał dopiero dziesiątą. Teraz wydaje mi się, że to środek nocy i wciąż się zastanawiałam dlaczego nie chciało mi się spać. Wyciągałam z piwnicy stary rower. Ciemno zielony składak, na którym w przeszłości jeździli moi wujkowie, ciocie no i mama. Nie przejmowałam się tym, że przy najnowszych modelach wygląda on jak pradziadek. Jeździł? Jeździł. Zresztą nikt nie zwracał uwagi na jego wygląd. Przypinaliśmy spinaczem karę do szprycy w taki sposób, że przy jeździe poprzez pocieranie karty rower wydawał dźwięk podobny do motoru.
W największym upale siedziało się w piaskownicy i lepiło się babki, ale nie były one takie zwyczajne. Piaskownica była piekarnią, a babki z piasku miały być wypiekami, które się sprzedawało. Wszyscy biegali i wykrzykiwali wymyślone zamówienia pakując piasek do jakiś misek, doniczek lub wiaderek. Pamiętam też, że często robiliśmy piasek milutki, czyli pomieszanie sypkiego z tym klejącym się, który miał być polewą, posypką i czym tam sobie wymyśliliśmy. Zbieraliśmy też wszelkiej maści rośliny, te ładniejsze i brzydsze. Miały różne zastosowania i role w całej zabawie, były niezbędnym dodatkiem bądź ozdobą. Mamy siedząc na ławce niedaleko, rozmawiały, plotkowały i popijały piwo smakowe schowane w reklamówkach, a w między czasie udawały, że zajadają się piaskowymi wypiekami.
Następnego dnia robiliśmy wielkie wesele na całe osiedle. Wybierało się parę, której wręcz wmawiano jakieś zauroczenie i ku zawstydzeniu państwa młodych urządzano im ślub. Przed obiadem, na który oczywiście trzeba było wrócić do domu, wszyscy zajęli się przygotowaniami. Dziewczyny ponownie robiły potrawy i wypieki, panowie jeździli na rowerze po osiedlu i zrywali nielegalnie wszelkiej maści kwiaty, by następnie części z nich oderwać płatki. Panna młoda wybierała dwie najbliższe koleżanki, by szły za nią i rzucały wspomniane wyżej płatki. W tym momencie chyba byłoby mi szkoda niszczyć piękne rośliny, które najlepiej czują się i wyglądają  na łodygach w ziemi. Z reszty kwiatów robiło się ozdoby, a z różowych koniczyn któraś z mam lub dziewczynek robiła wianek dla panny młodej. Tak mijała pierwsza połowa dnia i choć wszystkie te czynności wydają się szybkie i błahe to uwierzcie mi wtedy zabierało to sporo czasu.
Po południu wszyscy rowerami podjeżdżali pod wyznaczone miejsce ślubu. Może nie było idealnie, ale było pięknie. Wszędzie kwiaty, małe kamyczki, potrawy, które co prawda wyglądały podobnie. Bardzo często były to pobliskie krzaki, bo pomiędzy nimi była idealna drużka, a nieopodal znajdowały się betony, na których można było położyć poczęstunek. Para młoda bardzo zawstydzona szła do ołtarza, za nimi kroczyły koleżanki, które jeszcze zdobiły tą drogę płatkami, a cała reszta stała i wpatrywała się w ceremonie. Może miałam dobrych kolegów, ale wszyscy braliśmy to absolutnie na poważnie. Nawet sama przysięga, czyli skrawki z tego co zapamiętaliśmy z filmów, była prawie zgodna z tą prawdziwą. Raz jeden ja również brałam ślub z jednym kolegą. Lubiłam go, ale nic po za tym, mimo wszystko bardzo wczuliśmy się w sytuację.
Kolejnego dnia był ciąg dalszy tej historii. Młoda para zamieszkiwała jedne krzaczki i tam urządzali sobie mieszkanie, zaraz koło innych młodych małżeństw. Mężczyźni co dzień wychodzili „do pracy”, czyli pojeździć po osiedlu na rowerze, a kobiety szły na zakupy, gotowały i plotkowały. Wtedy piaskownica była wspólną kuchnią, roślinki zakupami, a zjeżdżalnia miejscem spotkań. Uwielbialiśmy tą zabawę, ale mimo wszystko nie trwało to długo, bo kolejnego dnia wszyscy byliśmy nią znudzeni i trzeba było wymyślić coś nowego. Właśnie wtedy bawiliśmy się w chowanego, w podchody, w policjantów i złodziei lub w policję i ludzi, którzy jeżdżą za szybko na rowerach. Naprawdę można było wtedy złapać mandat!
Tak mijały mi kolejne lata. Wybudowałam masę domów, przeprowadzałam się co rusz w nowe krzaki i upiekłam masę ciast oraz wyszłam za mąż. Rosłam szybko, choć w głowie wciąż pozostawałam małą dziewczynką… Wtedy właśnie się przeprowadziliśmy z całą rodziną, dosyć niedaleko, ale mimo wszystko opuściłyśmy z siostrą swoje osiedle. Wtedy wszystko się pozapadało, a my znalazłyśmy nowe koleżanki… Byłyśmy starsze, więc i zabawy się zmieniły, poza tymi w dom, bo to wciąż było aktualne.
W domu często zajmowałyśmy sobie czas we dwie, szczególnie w ziemie lub gdy dni były bardzo deszczowe. Była zabawa w szkołę. Początkowo same robiłyśmy sobie dzienniki lekcyjne, dopiero po jakimś czasie mama kupiła nam w papierniczym taki prawdziwy, jak mieli nauczyciele w szkołach.
Były lekcje, sprawdzanie obecności, tablice, zadania domowe i odpowiedzi na środku klasy, a nawet dyżury nauczycielskie na przerwach oraz wywiadówki. Był pokój nauczycielski, plotki i sprawdzanie bądź przygotowywanie kartkówek. Było wszystko, tylko uczniowie byli zmyśleni.
Kolejną zabawą była przychodnia. Ja byłam doktorką,  a moja siostra recepcjonistką. Zaraz przed moim pokojem rozkładała sobie deskę do prasowania, która była jej biurkiem. Miała duży, stary kalendarz godzinowy, niedziałający telefon, a nawet karty pacjentów, które przygotowałyśmy wcześniej. Do dzisiaj się śmieje, że wyglądały identycznie jak te u lekarza. Duża koperta, na niej numer pacjenta i jego podstawowe dane, w lewym rogu mała niebieska karteczka z dopiskiem do jakiego lekarza pacjent chodzi. Ja jako lekarz miałam przygotowane recepty, sama je robiłam na wzór tych, które dawał prawdziwy doktor, ale i masę innych karteczek do skierowań i oczywiście pieczątkę obowiązkowo. Wymyślałam choroby i leki oraz zapraszałam na wizytę następnego dnia. Potrafiłyśmy się tak bawić godzinami,  a nawet dniami!

Oczywiście były też zabawy lalkami Barbie, do których przygotowania były dłuższe niż sama zabawa, bo przecież trzeba było przygotować i urządzić cały domek. Były zabawy w rachunkowości. Nawet miałam do tego specjalny zeszyt i sztuczne pieniądze. Każde media miały swoją cenę, a cennik był wywieszony nad biurkiem. Były zabawy we fryzjera i plotki o ludziach, którzy nie istnieją.

Nie wiem jak jest teraz, czy dzieci biegają na zewnątrz z patykami w dłoniach imitującymi broń, czy może zamykają się jedynie na zabawy w postaci gier komputerowych. Wiem jedynie tyle, że place zabaw bywają coraz częściej puste, że starsze dzieci rzadko można spotkać w biegu, że prawie wcale nie słychać okrzyków radości. Szkoda, bo internet nigdy nie będzie bezpiecznym podwórkiem, zastrzykiem energii czy wytworem wyobraźni. Oceni, wsadzi do wora z innymi i nie da początków, które są istotne w budowaniu osobowości w latach późniejszych. Dlatego opowiadajmy najmłodszym jakie mieliśmy dzieciństwo, by ich również zachęcić do beztroski, na problemy będą mieli jeszcze czas.

Jakie było wasze dzieciństwo? W co się bawiliście i czy również jak ja wracaliście do domu brudni od stóp do głów? 

Pozdrawiam Was cieplutko! 
Copyright © 2014 Pololistka , Blogger